Leżeliśmy tak pod wiśnią, aż nagle sobie przypomniałam.
Rudiko ma przecież ranną łapę!
Nie chciałam mu jednak nic mówić, bo wiem, że próbuje się wykręcić za każdym razem, gdy o tym wspomnę.
Tak więc jednym szybkim ruchem przetoczyłam się na Rudiego.
I chwilę leżałam na jego grzbiecie.
S: Rudi?
R: Hmmm..? - mruknął od niechcenia.
S: Myślałeś, że wymigasz się od opatrunku?
R: Yhym - potwierdził.
Zaśmiałam się.
S: Głuptasie po co to robisz?
R: Tak dla własnej, prywatnej przyjemności.
S: Jasne, ale podaj mi swą łapę.
O dziwno podał bez sprzeciwu.
Wmasowałam więc kilka roślin i zawinęłam liściem pokrzywy.
R: Będę mieć d tego wysypkę!
S: Co za bzdury gadasz! Po to dałam te roślinki byś nie miał.
R: Oooo
Położyłam się z powrotem obok Rudiko.
Było mi tak dobrze.
Aż tu nagle coś złapało mnie za kark i podniosło do góry.
Chciwie zaczęłam łapać powietrze, aż i tak dostałam mroczków.
Słyszałam jedynie Rudiego jak odważnie próbował coś zrobić.
<Rudiko?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz