Był parny, duszny dzień. Spacerowałem właśnie po lesie, zastanawiając się, dokąd pójść, by wszechobecna duchota nie dawała mi się tak we znaki.
"Ach tak!" - Nagle przypomniałem sobie o pewnym miejscu, które wprost ubóstwiałem. Wiszące Potoki wydały się być idealną kryjówką, pełną świeżej, chłodnej, orzeźwiającej WODY.
Pobiegłem tam, uradowany wizją kilku następnych godzin spędzonych w tak przyjemnym miejscu.
I w końcu się znalazłem się w wodzie. Zanurkowałem, dotykając łapami dna jeziora, pływałem, skakałem z radości, chlapiąc wodą dookoła. Cieszyłem się chwilą.
Nie wiem, ile czasu minęło, gdy nagle usłyszałem dwa psy, poszczekujące głośno, gdzieś niedaleko. Myślałem, że w tym miejscu zwykle przebywają młodziaki (których na razie nie było w naszej sforze), ale rozpoznałem głos alfy i jeszcze jednego psa, prawdopodobnie suczki. Zanim jednak zdążyłyby mnie zauważyć, ja już wynurzyłem się cicho z wody i odbiegłem.
Po takim odpoczynku miałem nowe zasoby energii, więc pędziłem jak oszalały przed siebie, dopóki nie zabrakło mi tchu.
Znajdowałem się na wzgórzu, z którego miałem świetny widok na okolicę. W oddali dostrzegałem wierzchołki gór, rzekę połyskującą w promieniach słońca... Zawiał lekki wiatr. Spojrzałem w dół i zobaczyłem dziwne kształty kryjące się za rzadką kępą drzew. Wyglądały jak płaskie kamienie, wetknięte w ziemię. Postanowiłem zejść i przyjrzeć im się z bliska.
Wzgórze było dosyć strome, a ja w dodatku potknąłem się o jakiś korzeń wystający z ziemi, więc nic dziwnego, że zleciałem w dół z niemałym impetem. Rąbnąłem głową o coś twardego. Po chwili otworzyłem oczy, próbując odzyskać świadomość po upadku. Śpiew ptaków ucichł, zrobiło się jeszcze bardziej parno i duszno, niż przedtem. Nigdy wcześniej tu nie byłem, ale od razu mogłem stwierdzić, że to miejsce nie należy do moich ulubionych. Zdawało mi się, że kiedyś już byłem w takim miejscu. Był to cmentarz.
Co mnie podkusiło, żeby iść dalej? To nie był najlepszy pomysł. Po raz pierwszy w życiu poczułem, że chciałbym, żeby ktoś był ze mną... Chodziłem między kamiennymi płytami, na niektórych widniały jakieś napisy, za to inne były tak stare, że trudno było powiedzieć, czy tam też ktoś coś napisał. Gdy podchodziłem do nagrobków, słyszałem wściekłe szepty.
"Czego tu szukasz?" - warknął jeden.
"Wynoś się!" - zawtórował mu drugi.
Tak, myślę, że powinienem zwiewać. I to jak najszybciej. Rzuciłem się do biegu, jednak po chwili zorientowałem się, że nie znam stąd wyjścia. Odwróciłem się, zdezorientowany i zobaczyłem jakąś postać, wyglądającą zza drzewa. Była podobna do psa, o białych, pustych oczach. Patrzyła w moją stronę, nie wykonując przy tym najmniejszego ruchu. Podszedłem bliżej, by lepiej ją widzieć. Z jej pyska sączyła się piana. Postanowiłem zawrócić i wtedy... pies w jednej sekundzie znalazł się na mojej drodze, jednak tym razem o wiele bliżej. Teraz mogłem zobaczyć blizny, pokrywające jego pysk i łapy. Spoglądał przed siebie, więc widziałem jego profil. Chyba mnie dostrzegł, bo jego głowa odwróciła się w moją stronę, nienaturalnie szybko. Usłyszałem głuchy pomruk. Nie wiem, w jaki sposób udało mi się zachować trzeźwość umysłu.
Ness: Odejdź. - Nie zareagował, więc powtórzyłem. - Odejdź. TERAZ.
Ucichł. Obserwowałem go - poszedł w kierunku jednego z nagrobków, po czym zniknął - rozpłynął się w powietrzu jak mgła.
Spojrzałem w górę. Niebo było pełne groźnie wyglądających burzowych chmur. W oddali ujrzałem błyskawicę, która przecięła niebo przez ułamek sekundy. Czas wracać.
<Koniec>