niedziela, 6 lipca 2014

Od Lauren C.D. Od Naval'a - Powitanie

L: Przestań - chciałam pocieszyć psa. - Po primo, wcale nie jesteś brzydki, a po drugie, nie mamy żadnej pewności, że będziesz kaleką i właśnie dlatego powinniśmy pójść do specjalisty.
Naval podniósł się spod świerku i zrobił to tak, jakby jego życie straciło sens, kompletnie obojętnie. Na jego pysku malowała się obojętność zmieszana z rozpaczą.
Na: Dobrze - powiedział, starając się otrząsnąć. - Gdzie ona mieszka?
L: Niedaleko, na pewno zdołasz tam dojść - zapewniłam.
Pies nie stawiał oporów, ruszyliśmy od razu i szliśmy wzdłuż średniej szerokości szosy. Jezdnia była dzisiaj wyjątkowo pusta. Panująca podczas naszej wyprawy atmosfera milczenia dobijała mnie z każdą minutą coraz bardziej. Mój towarzysz wlókł się za mną ze spuszczoną głową, bacznie obserwując każde ziarenko ziemi, jakie się pod nim przewijało. Marzyłam, żeby w końcu jakiś samochód rozwiał, choćby na chwilę, tą piekielną ciszę. 
Wydawało mi się, że trwało to godzinami, mimo że las był oddalony od miasta tylko jednym kilometrem. Akurat zaczęłam się zastanawiać, czy idziemy w dobrym kierunku, kiedy zauważyłam przybliżający się z oddali zarys budynków.
Odetchnęłam z ulgą i odwróciłam głowę do Navala.
L: Już prawie jesteśmy - zawiadomiłam go.
Szosa zaczęła się kończyć, wkroczyliśmy na chodnik z czerwonych, brukowych cegieł. Przeszliśmy kawałek i zatrzymałam się przy frontowym ogrodzeniu białego, jednopiętrowego domu z dużym ogrodem. 
L: To tutaj - uśmiechnęłam się do Navala.
Nagle, na dywaniku przed drzwiami owego mieszkania, poruszył się czarny kłębek i spojrzał w naszą stronę. Owczarek podskoczył, kiedy potworek podbiegł do ogrodzenia szczekając zjadliwie piskliwym głosikiem. 
L: Hej, mały - zaczęłam do dzielnego malucha. - Jest tutaj może pewien flat-coated retriever?
- Chodzi ci o moją mamę? - zapytał, przerywając na chwilę szczekanie, ale nadal z niezadowoleniem na pyszczku. - Jest, bo co?
L: Zawiadom nią, że przyszła Lauren - uśmiechnęłam się.
W czasach, kiedy mieszkałam tutaj przyjaźniłam się z pewną czarną suczką. Byłyśmy nierozłączne. Mogę nawet śmiało przyznać, że dogadywałam się z nią lepiej, niż z własnym rodzonym bratem, Jackiem. Felicja, bo tak miała na imię, na pewno ucieszy się z mojego przyjścia, mamy tyle rozmów do nadrobienia...
Szczeniak prychnął i pobiegł za dom
- Ałł!! - rozległ się znienacka krzyk. Mały wojownik ciągnął za ucho swoją matkę, prowadząc nią w ten, nieco brutalny sposób, do gości. - Nie musisz mnie katować za każdym razem, kiedy chcesz mi coś pokazać, Berni! 
Felka spojrzała na nas spod tego niefortunnego punktu widzenia, którego oferował niej w tej chwili szczeniak.
- Lar! - krzyknęła i podbiegła do nas z Bernim uczepionym jej prawego ucha. - Gdzieś ty była przez te miesiące?! Podobno uciekłaś po śmierci Anny! A twoja rodzina została wyła - 
L: Zaraz ci opowiem. - przerwałam potok pytań suczki. - Najpierw chcę, żebyś poszła po Hankę. Nadal umie się zajmować chorymi zwierzętami, co nie?
- Tak, tak, w ciąż się tym zajmuje, a po co ci ona? - spytała niecierpliwie Felicja i otworzyła nam furtkę.
Dopiero teraz zauważyła mojego kompana. Zrozumiała, w jakim celu potrzebna mi jest jej właścicielka i zaprosiła nas uprzejmym gestem do wejścia na podwórze.
- Już po nią idę - zapewniła i po chwili zniknęła za klapką dla zwierząt.
Radośnie spojrzałam na Navala, który się już zupełnie uspokoił.
Nie minęło pół minuty, kiedy drzwi się otworzyły i wyszła z nich dwudziestokilkoletnia kobieta z długimi, rudymi włosami związanymi w kucyk. Za nią wyskoczyła czarna retriverka, która chyba zapomniała, że Berni nadal trzyma się wgryziony w jej ucho i bynajmniej nie zamierzał puszczać. Hanna także mnie rozpoznała, ale nie traciła czasu na powitania, podeszła, zachowując odpowiednią odległość, do rannego owczarka i zachęciła go, żeby poszedł za nią.
L: Idź, śmiało - powiedziałam, bo Naval trochę się wahał. - Będę tutaj na ciebie czekać.
Pies nie dawał się więcej prosić i podążył za rudowłosą panią do domu.
L: Ma przykre wspomnienia ze zwierzęcymi lekarzami - wyjaśniłam i usiadłam obok Felki.
Z trudem powstrzymałam śmiech i wskazałam łapą na wiszącego z jej ucha szczeniaka. Suczka zrobiła dziwną minę, taką którą robi się, kiedy nie ma się pojęcia o co komuś chodzi i starała się spojrzeć na swój narząd słuchowy. Drgnęła ze zdziwienia, gdy zorientowała się, co miałam na myśli.
- Berni! - fuknęła na łobuziaka. - Puszczaj mnie, w tej chwili!

~ Tym czasem u Navala ~

<Naval? ;p>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz